W gorącym Bangkoku

Rozmowa z TOMASZEM MAKOWSKIM, wielokrotnym medalistą Polski, Europy i świata.

Tomasz MakowskiTOMASZ MAKOWSKI 26 lat, mieszka w Nowym Miasteczku, klub ZPKS Gwardia Zielona Góra, absolwent Policealnej Szkoły Detektywów i Pracowników Ochrony Ochikara; sukcesy: pięciokrotny mistrz Polski, trzykrotny zdobywca Pucharu Polski, dwukrotny srebrny medalista mistrzostw Europy, dwukrotny zdobywca Pucharu Świata, dwukrotny brązowy medalista mistrzostw świata.

Wywiad

– Tydzień przebywałeś na mistrzostwach świata muay thai w stolicy Tajlandii Bangkoku. To bardzo daleko…

– Przylecieliśmy w nocy i gdy wysiedliśmy, zaskoczyła nas temperatura, 33 stopnie Celsjusza. Za dnia dochodziła do 42 stopni w cieniu, więc było naprawdę ciężko. Sam Bangkok jest potężną metropolią liczącą 12-14 milionów mieszkańców. To niezwykłe miasto i zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Uderza bieda i nieustający ruch. Bangkok nigdy nie zasypia.

– Tajlandia to ojczyzna tego sportu. Czy jest to zauważalne?

– Oczywiście. Tam już kilkuletnie dzieci uczone są technik tajskiego boksu. Zawodnicy w moim wieku mają już zazwyczaj na koncie kilkaset walk. Ten sport widoczny jest wszędzie dookoła. Oni tym żyją.

– W pierwszej walce trafiłeś na Tajlandczyka.

– Niestety nie miałem szczęścia, gdyż od razu wylosowałem zawodnika numer jeden. Wwuttapong Somphet jest wielokrotnym mistrzem świata, niepokonanym czempionem. Ten turniej też łatwo wygrał.

– Ty jako jedyny przeboksowałeś z nim wszystkie trzy rundy.

– Tak, resztę rywali w drodze do tytułu nokautował. Pierwsze dwie rundy walczyłem jak równy z równym. W końcówce trzeciej zaatakował łokciem w głowę. To był bardzo mocny cios i przez kilka sekund nie wiedziałem co się dookoła dzieje. Byłem całkiem zamroczony. Dołożył jeszcze dwa mocne kopnięcia i było po walce. Chwilę potem usłyszałem końcowy gong. Sędziowie punktowali dla niego. Przed pojedynkiem nikt z promotorów czy trenerów tajskich nie dawał mi szans na wytrzymanie z nim pół rundy. Trochę ich zaskoczyłem.

– Jak oceniasz swój występ?

– Żałuję, że zabrakło szczęścia w losowaniu. Gdybym trafił na innych rywali, mógłbym zajść daleko. Po cichu liczyłem na medal. Na mistrzostwo chyba nie, gdyż pokonać Sompheta na jego terenie to wygrać z legendą. Byłoby potwornie trudno.

– Czy odmiana tajska mocno różni się od typowego kick boxingu?

– To jest wręcz inny sport. Pojedynki są niezwykle brutalne i dozwolone jest prawie wszystko. Sędzia na ringu jest tylko po to, żeby policzyć znokautowanego zawodnika. Pozwalają na wiele fauli, nie wtrącają się dopóki zawodnik nie leży na macie. Byłem zaskoczony gdy widziałem zakrwawionych rywali, którzy na każdym innym ringu nie byliby dopuszczeni do walki. Tam naprawdę nie ma żartów.

– Odpowiada ci ten styl walki?

– Zdecydowanie tak. W przyszłości mam zamiar trenować muay thai. Jest bardzo trudny, twardy i brutalny, ale dający wiele satysfakcji. Poza tym dozwolonych jest wiele ciosów, kopnięć, a nawet chwytów, które w normalnym full-contacie czy nawet low-kicku nie mają prawa bytu. Jest to najwyższy poziom, a tylko taki mnie interesuje.

-Dziękuję.

Źródło: Gazeta Lubuska

Dodaj komentarz