Zabrakło przygotowań

Rozmowa z ROBERTEM ŻYTKIEWICZEM zielonogórskim kick-bokserem, wielokrotnym medalistą mistrzostw Polski, Europy i świata.

– Trenujesz od ponad dziesięciu lat. Jak zaczęła się twoja kariera?
– Jestem ze Świebodzina i tam zaczynałem. Pierwszych kroków uczył mnie brat, który również był kick-bokserem. Byłem trochę niesfornym dzieciakiem więc czasem uczestniczyłem w bijatykach. Sporty walki zawsze mnie interesowały, a kluczowym momentem było przeczytanie książki o Marku Piotrowskim – Polaku który odniósł wielki sukces walcząc w USA. To mnie zainspirowało do zapisania się do klubu. Trenowałem w międzyczasie kolarstwo i bieganie więc miałem również predyspozycje wytrzymałościowe.

– Przypieczętowaniem twojej wspaniałej kariery miał być pojedynek o zawodowe mistrzostwo świata z niepokonanym Mohamedem „The Prince” Samirem. Przegrałeś…
– Otrzymałem propozycję i ją przyjąłem. Nie przestraszyłem się, chociaż wiedziałem że jest mistrzem nokautu i większość rywali schodziła z ringu przed czasem. Mimo że przegrałem, wiem że jest do pokonania. Mój problem polegał na braku odpowiedniego przygotowania.

– Jak ono wyglądało?
– Praktycznie go nie było. Gwardia, niestety, nie mogła mi zapewnić odpowiednich warunków do treningu, brakowało i brakuje pieniędzy. Musiałem wyjeżdżać do Anglii do pracy. Z Wysp wróciłem trzy dni przed walką. Do takiego starcia trzeba co najmniej dwa miesiące specjalistycznego treningu, a na to potrzebne są fundusze, których nie ma. Nie było szans, abym odpowiednio się przygotował.

– Jak to się dzieje, że tak utytułowany zawodnik nie może być wystarczająco dofinansowany przez macierzysty klub? Zwycięstwo w takim pojedynku mogło otworzyć tobie drzwi do sławy i dużych pieniędzy.
– Myślę, że jest to w gestii działaczy Gwardii. Dofinansowują nas, ale ja tych pieniędzy nigdy nie widziałem. Pomagają jak mogą, ale za oferowane przez nich pieniądze po prostu nie da się dobrze żyć. To prawda, że wygrana z Samirem odbiłaby się wielkim echem w światku kick-bokserkim. Niestety, bez odpowiedniego przygotowania nie było to możliwe.

– Jak więc sobie radzisz?
– W zasadzie sam jestem sobie sponsorem. Jeżdżę zarabiać do Anglii. Bardzo pomaga mi również restauracja „Czym chata bogata” Wilkowo, która gdy jestem w Polsce sponsoruje mnie jeśli chodzi o treningi.

– Wróćmy do samej walki. Jak przebiegała?
– Wyszedłem do pojedynku wiedząc, że jest to absolutny mistrz. Pierwsze sekundy pokazały jednak, że nie jest taki straszny. Niestety, w połowie rundy dostałem potężnego kopniaka w wątrobę. To spowodowało, że kolejne dwie musiałem walczyć z bólem i starać się bronić. Mimo serii ciosów, które zadawał, większość brałem na gardę więc udało mi się przetrwać najgorszy okres. W ostatniej czułem ciężki oddech Samira i wiedziałem, że jest zmęczony. Zabrakło jednak czasu.

– Jak oceniasz rywala?
– To jest prawdziwy czarodziej ringu. Jest niezwykle dynamiczny i szybki. Ma wspaniałą technikę i potrafi zadawać niesamowite kombinacje silnych ciosów. Mój styl jest trochę inny. Zadaję niskie kopnięcia, krótkie i mocne. Poza tym w przeciwieństwie do Samira preferuję techniki bokserskie.

– Jakie najbliższe plany?
– Jeśli pozyskałbym nowych sponsorów, mógłbym odpowiednio przygotowywać się do kolejnych walk. Myślę o kick-boxingu zawodowym, może o walkach w K1. Do tego jednak potrzebne są pieniądze. Mam nadzieję, że uda mi się zrewanżować Samirowi. Wiem, że jest do pokonania. Wszystko zależy od spokojnego treningu. którego nie miałem. To zawsze przynosi rezultaty.

– Dziękuję.

Źródło: Gazeta Lubuska

Dodaj komentarz